Pulsson logo
Język polski   In English
» Zygmunt Pulsson » Moja historia

 

Moja historia


................Zygmunt Pulsson 1997......     .   ......................Zygmunt Pulsson 2002..........            ..............Zygmunt Pulsson

Uzdrowić samego siebie - Potrzeba matką wynalazków

To ja Zygmunt w 1997 roku
- przepuklina kręgosłupa, renta inwalidzka 3 lata
- 15 lat choroby nerek, dna moczanowa
- 115 kg wagi ciała (30 kg nadwaga)
- zawał serca, nerwica serca

.................................................................................

To ja w 2002 roku
- ubyło mi 30 kilogramów
- przybyło lekkości
..............................................................

A to ja w 2011 roku
- autor Pulsson Therapy, coach, trener
- konstruktor PULSSON - Time Vehicle

.................................................................................................................................

Zawsze chciałem robić ważne rzeczy, ale nie zawsze wiedziałem co jest ważne.
Przekonałem się, że bycie szczęśliwym, pełnym energii i zdrowym wymaga odwagi wyruszenia w Wielką Podróż do samego siebie.
Przekonałem się, że dotrzeć do siebie, to dotrzeć do własnego ducha i pozostać mu wiernym.
Wiem też, że nie można być szczęśliwym bez pełnej akceptacji życia i zgody na to, że nie na wszystko w życiu mamy wpływ.

Kiedyś napisałem:
Gdybyś zgodę „TAK”
Na wydarzeń bieg dał dziś wierząc, że tak prościej jest –
Wtedy życia smak mógłbyś odkryć wiesz,
Szedłbyś drogą szczęścia i nie gubił jej.
(tekst z ballady „Ścieżka duszy”)

Lubię takie powiedzenie: „To nie rzeczy są ważne, ale nasza postawa wobec nich”.
 
W swoją pierwszą Wielką Podróż wyruszyłem wzdłuż torów kolejowych, kiedy miałem 2,5 roku. Ktoś później żartobliwie powiedział, że gdyby nie moja jaskrawo różowa czapeczka, może by mi się to udało, nigdy by mnie nie znaleźli. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że kiedyś wybiorę się ponownie w Wielką Podróż, nie wytyczoną już tak jasno torami, z której nikt już nie będzie mnie zawracał.
 
Tymczasem na kolejnych 40 lat porzuciłem myśl o mojej Wielkiej Podróży.

Robiłem za to wiele innych rzeczy. Byłem elektro-mechanikiem i konserwatorem. Pojechałem z misją pokojową do Syrii. Projektowałem i produkowałem lampy oświetleniowe, zbudowałem zakład przetwórstwa spożywczego i zarządzałem nim przez wiele lat.

Życie pchało mnie na utarte ścieżki. Praca, sukcesy, pieniądze. Dwukrotnie się ożeniłem. Urodziło mi się troje dzieci. Działałem jak zdobywca. Rozwijałem biznes, realizowałem wciąż nowe pomysły, nabierałem rozmachu i traciłem zdrowie. Utraciłem kontrolę nad własnym życiem, stałem się jednym z trybików - samonapędzającej się maszyny. Jednym z milionów szczurów w niekończącym się wyścigu.

Nikomu nie mówiłem o problemach, nikomu nie mówiłem o słabościach.
Coraz bardziej oddalałem się od swoich bliskich.
W końcu urosłem do 115 kg... zdjęcie powyżej z roku 1997
Był nawet czas, kiedy nie poruszałem się samodzielnie. Przepuklina kręgosłupa. Niedowład lewej nogi i renta inwalidzka. Choroba nerek (dna moczanowa) i zapalenia stawów z opuchlizną nóg. Nie pasowały na mnie żadne buty. W nasilonych stanach zapalnych chodziłem o kulach lub kierowca woził mnie samochodem.          

Skrycie płakałem z bólu.
Byłem leczony przez 15 lat, ale leki nie działały. Tymczasem zaś kupowałem kolejne samochody.
Planowałem kolejne Wielkie Przedsięwzięcia i byłem nieszczęśliwy.
A wokół mnie nieszczęśliwi byli moi najbliżsi.

Chorowała moja dusza.
W 1992 roku pojawił się pierwszy problem z sercem, ale wyszedłem ze szpitala na własną prośbę. Przecież byłem prezesem firmy i myślałem, że wszystkim będę zarządzał najlepiej sam.
Czułem już wtedy, że potrzebuję zmian, ale nie wiedziałem, gdzie się zwrócić o pomoc, z kim o tym pogadać.

Czy nieszczęścia chodzą parami?
W moim małżeństwie zaczęły mnożyć się problemy, a ja zadawałem sobie pytania bez odpowiedzi:
- Dlaczego mnie to spotyka?
- Czy tak musi być?
- Kim właściwie jestem?

Życie przerastało mnie.

W 1995 roku pchany chęcią poznania nowych sposobów zarabiania pieniędzy trafiłem na seminarium Business & You, prowadzone przez Dawida Neenana. Owszem dostałem nowe narzędzia biznesowe, paradoksalnie jednak, dzięki temu seminarium uświadomiłem sobie, że stworzyłem życie, które stało się dla mnie pułapką. Wprzęgnięty w wyścig szczurów, utraciłem ducha.

Zapomniałem o sobie, swoich uczuciach, tęsknotach i Wielkiej Podróży. Zrozumiałem, że moja praca zaspokajała emocjonalny głód.

Po powrocie z seminarium do domu, podjąłem pierwsze kroki w kierunku „nowego". Zacząłem zmieniać relacje w firmie, zapragnąłem zmienić relacje w rodzinie. Zmienił się mój stosunek do siebie samego i do ludzi. Zacząłem się uczyć i zdobywać nową wiedzę na temat zachowań człowieka. Nie potrafiłem jednak wszystkiego zmienić.

Trzymało mnie poczucie winy.

Zabrakło mi odwagi. Wydawało mi się, że przeprowadzę zmiany na „raty", rozciągnę je w czasie. Czas jednak pokazywał mi, że cierpię i choruję, że decyzje należy podejmować teraz.
Byłem jak ten pacjent z przypowieści, któremu lekarz oznajmił: „Wyleczę pana, jeśli zmieni pan zwyczaje żywieniowe, pracę i sposób życia". Pacjent nigdy nie pojawił się ponownie. Jakiś czas później lekarz dowiedział się, że człowiek ten zmarł.

Czułem się bardzo chory, samotny i niezrozumiany.
Moje ciało i dusza cierpiały, a ja traciłem nadzieję.
Dlaczego właśnie mnie to spotyka? - to pytanie nie opuszczało mojej świadomości.
Przełom nastąpił wraz z wizją mojej śmierci.

Granice wytrzymałości pękły.
4 listopada 1997 roku moje serce przestało normalnie bić, a ja zacząłem tracić świadomość. Czułem, że umieram.


Czy znacie słowa piosenki Johna Denvera: „I want to live"?
Chcę żyć, chcę rosnąć,
Chcę widzieć, chcę wiedzieć,
Chcę kochać, chcę dawać,
Chcę być, chcę żyć...

Pamiętam sygnał karetki i pytanie „Gdzie jestem?" W Warszawie w szpitalu na Kasprzaka pozostałem do rana. Lekarze uratowali mi tym razem życie, ale nie dali mi recepty na zdrowie. Pozostałem ze swoją dną moczanową, zapaleniem stawów, 30kg nadwagą, opuchniętymi nogami, samotnością i cierpieniem. Przypomniałem sobie przypowieść o pacjencie, który wolał umrzeć niż coś zmienić.

Atak serca, wizja własnej śmierci zmuszały mnie do podjęcia życiowych decyzji. Biznes, rodzina, dzieci, zobowiązania... i pragnienie życia.
Wtedy zrozumiałem, że potrzebuję ratować siebie by móc później myśleć o bliskich.

Już wiedziałem, że muszę znaleźć inne rozwiązania. Medycyna alternatywna, holistyczne działania. Poważne zmiany w życiu...

Zamieszkałem w swojej firmie. Pracownicy wychodzący z nocnej zmiany budzili mnie o 6 rano, a ja schodziłem o kulach z piętra i ćwiczyłem. A później biegałem, jeździłem na rowerze i prowadziłem swój dziennik sukcesów. 30 kg tłuszczu pozbyłem się w ciągu 8 miesięcy. Był to czas wyrzeczeń, bólu i samotności. Zastosowałem holistyczne oczyszczanie organizmu, głodówki, a później ścisłą dietę. W ćwiczeniach gimnastycznych pomagał mi sosnowy kij znaleziony w lesie. Kij ten stał się później prototypem przyrządu w systemie treningowym LifeStick.

Obiecałem sobie, że jeśli mi się uda wyzdrowieć, będę dzielić się swoim doświadczeniem i pomagać innym.

Bywało, że znajomi, zdumieni moją determinacją i zaniepokojeni stosowaniem nieznanych im metod, odwracali się ode mnie, drwili lub potępiali. Do dziś z uśmiechem opowiadają, że podejrzewali mnie o to, że chcę zmienić przeznaczenie i  być mądrzejszy od lekarzy.
Ja jednak pracowałem nad sobą i przyglądałem się mechanizmom swojego działania.

Wiedziałem, że muszę wyleczyć nie tylko ciało, ale i duszę.

Znalazłem coacha, wspierającego mnie w osobistym rozwoju. Zacząłem też studiować psychologię, anatomię i fizjologię. Nauczyłem się metod pracy z umysłem, pracy z ciałem i oddechem. Ćwiczyłem, zdrowo się odżywiałem i sam na sobie stosowałem naturalne metody leczenia.
W poszukiwaniu nowej wiedzy czytałem i uczestniczyłem w szkoleniach. Uczyłem się od profesorów i szamanów z różnych stron świata. Po wiedzę pojechałem do Australii i Nowej Zelandii. Kiedy wróciłem, ukończyłem Studium Naturalnych Metod Leczenia.

Szukałem rozwiązań, aby uzdrowić siebie

Wszystko zaczęło się od pytań i pojawiło się rozwiązanie - PULSSON - Time Vehicle

- Jak poradzić sobie ze stresem, bólem i chorobą?
- Jak w szybki sposób osiągać regenerację psychofizyczną?
- Jak zachować zdrowie i młodość?
- Jak życ w zgodzie z samyn sobą?

Pewnego dnia, jako owoc mojej pracy i stawianych pytań, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Na jego podstawie w 2000 roku skonstruowałem i opatentowałem PULSSON'a - stół do fizjoterapii i psychoterapii. Opracowałem metodę pracy z ciałem wykonywaną na PULSSON'ie. Pomagałem nią sobie, gdy pojawiały się ataki dny moczanowej, opuchlizna kończyn i niepewność. PULSSON nawet likwidował moje zmarszczki i odmładzał mnie. Zdjęcie powyżej rok 2002.
 
Stałem się innym człowiekiem.
Znów zacząłem myśleć, że będę robił ważne rzeczy.


Prezentowałem swoją metodę i PULSSON'a na konferencjach w środowisku medycznym i psychologicznym. Zachęcany przez specjalistów zajmujących się zdrowiem m.in. doc. Marka Pilkiewicza, Doroty Stefańskiej i prof. Tadeusza Kasperczyka, konsekwentnie doskonaliłem techniki. Gdy zaś prof. Tomasz Gabryś z warszawskiej AWF zgodził się na podjęcie badań naukowych nad oddziaływaniem PULSSON'a w sporcie, wiedziałem już, że zostanę w kraju i tu będę kontynuował swoją pracę. Dzisiaj PULSSON służy moim pacjentom w procesie powrotu do zdrowia i w procesie dokonywania psychologicznej zmiany.

Praca nad PULSSON - Time Vehicle - kosztowała 11 lat wyrzeczeń, doświadczeń i badań. Po dziesięciu latach udało mi się wreszcie skonstruować urządzenie automatyczne.

Kiedyś napisałem:
Ile sił trzeba mieć, gdy drogą idziesz swą? Ile sił trzeba mieć?
Stwórco! Nie mówiłeś mi.
Dałeś dar i słowa: „zrób, co chcesz z darem tym”.
Nie mówiłeś ile sił, ile sił.
(Tekst z ballady: Ten, który odzyskał siebie)

Tak, czasami coś mnie olśniło, a wtedy pisałem ballady o trudnych, czasem paradoksalnych i zabawnych chwilach mojego życia.

Własny powrót do zdrowia i życia okupiłem rozpadem rodziny. Praca nad PULSSON okupiona została długami finansowymi, a także samotnością.
W jednej z ballad napisałem: „Nie żałuję nic a nic, przełknąłem żal i wstyd, gdybym umiał inaczej żyć, pewniej bym tak żył".

Dzisiaj wiem jak ważna jest postawa wobec tego co nam się przydarza.
Wciąż nie opuszcza mnie nadzieja i entuzjazm. Realizuję swoje przedsięwzięcia i pomagam innym w odzyskiwaniu zdrowia i spełnionego życia.

Dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie zawodowo i finansowo kiedy tego potrzebowałem, bym mógł wyzdrowieć i pracować.

Kiedyś myślałem, że raz wybrana droga staje się naszym przeznaczeniem.
Teraz wierzę, że mamy jako ludzie święte prawo do zmiany.

Cieszy mnie, że 4.11.1997 roku umarła moja stara osobowość.

Wierzę, że zmieniłem swoje przeznaczenie, a może właśnie zacząłem żyć z nim w zgodzie?
Odebrałem od życia swoją nagrodę - stałem się twórcą narzędzi i sposobów poprawy jakości życia, zacząłem też pisać i grać. Zacząłem przekazywać swoje doświadczenia, kiedy zacząłem wierzyć w przeznaczenie i w siebie.

Teraz czuję, że moja Wielka Podróż trwa.

Teraz wiem, że życie to nieustanny ruch i zmiana.
Szczęśliwe życie, to życie bez lęku, życie w prawdzie, w zgodzie ze sobą, zaufaniu i miłości.

..............................................................................................teZygmunt Pulsson
- ten, który odzyskał siebie.

 


Drukuj